RSS
czwartek, 08 września 2011
wrześniowo... ot tak...

To tak jakby narodzić się na nowo... czasem wystarczy chwila, usłyszane przypadkowo zdanie, jakiś moment. Jak to dobrze, że potrafimy dostrzegać takie chwile, że potrafimy coś przewartościować, zmienić zdanie czy podjąć decyzję, choćby nie zawsze tą słuszną...Dobrze, mieć świadomość, że szczęśliwość naszego życia zależy od nas samych, że należy pamiętać o tym , iż całą istotą jest umiejętność cieszenia się małymi chwilami, dostrzeganie małych radości, bo to one potem pozwalają przetrwać ten trudniejszy czas.

Pogoda. Mój chyba ulubiony temat do rozmyślań.. ciepłe letnie dni zdają się być coraz odleglejsze, zanikają, ustępując miejsca chłodnym porankom, w które za nic w świecie nie nów trzeba bychce się wstawać... za oknem jeszcze ciemno a jeszcze do niedawna słońce zaglądało w okna o abstrakcyjnej porze 5 rano.... chyba nie zdążyłam się nacieszyć długimi letnimi dniami... bo coś cieżko mi docenić zmianę pory roku na tę zimniejszą, zamgloną i chłodną. znów trzeba uprzytulnić mieszkanie, żeby znów potrafić docenić powroty do domu z jesiennego miasta. Trzeba zrobić azyl z choć jednego pokoju.... do dzieła!!

niedziela, 20 marca 2011
Od jutra WIOSNA!
Jutro pierwszy dzień wiosny. Mam wrażenie, że potem temperatura, dłuższe i słoneczniejsze dni to już tylko formalność... Zimową kurtkę można schować do szafy a wyciągnąć wiosenny płaszczyk. Czekam jeszcze aż pająki się obudzą i zabiorą do pracy.... tyle pajęczyn jest do utkania, tyle much do złapania.... tyle poranków przed nami.... bardzo już stęskniłam się za tymi właśnie porankami, kiedy to zrywać się będę o świcie, żeby zdążyć na ten cudny pokaz perełek... na te wszystkie krople rosy i wiosennego deszczu, znów będzie można popodziwiać te cudne kolory odbijające się w kroplach... Tyle rzeczy muszę jeszcze poodkrywać... od jutra... można zacząć polowanie z aparatem.. na te pierwsze płatki, listki i ździebełka, zielone, świeżutkie....Znów będzie można bezkarnie przesiadywać na ławce w parku, spacerować alejkami, dróżkami, ścieżkami ... od jutra ...
sobota, 27 listopada 2010
koniec sezonu na...trampki!
Cały zgiełk kończącego się dnia zostaje z tyłu, cichnie. Dziś tak naprawdę spadł pierwszy śnieg (no dobra, może drugi!). Przywitał mnie w Dąbrowie. Wchodząc rano przed ósmą do szkoły zostawiałam na zewnątrz jesień.. dżdżystą, ponurą, zimną, a wychodząc z niej po kilku godzinach zajęć, stąpałam po świerzym białym śniegu w zwykłych trampkach. Uroczo. A jak zimno! Śnieg bielił się odważnie i ani myślał topnieć, mając kilku-stopniowy mróz na swoją obronę.. tak tak, zaczyna nam się zima, może jeszcze nie kalendarzowa ale zawsze... :)Zmiana pory roku zawsze mobilizuje mnie do uwiecznienia tych przemian, a więc już wiem jak jutro spędzę porane! Kadr aparatu chętnie zmieni tematykę z jesiennych kropli deszczu na białe płatki śniegu! Lodowisko na boisku szkolnym już otwarte, zimowa kurtka wyciągnięta z szafy, tylko te buty zimowe... stoją gdzieś jeszcze na półce sklepowej, ale i one niebawem będą chronić moje i tak wiecznie skostniałe stopy przed wszędobyliskim i niezwykle ciekawskim zimnem! Póki co w kubku otuchy dodaje gorąca herbata z sokiem z cytryny, ciepłe wełnienne skarpety w pośpiechu naciagnięte na lodowato-zimne stopy i przytulność pokoju, w którym unosi się zapach lekko dymiącego kadzidełka waniliowego i wesoło migoczą płomyki kilku zapalonych świec... A więc Kochani, niezmiennie z tego miejsca miłej zimy wszystkim życzę!
niedziela, 31 października 2010
całe połacie zniczy...
Udało mi się jeszcze na szybko wyciągnąć Izę na cmentarz, na ulicach pusto, cicho, cmentarz migoczący już setkami płomyków widoczny z daleka. Główne wejście nań ukryte w mroku, a dalej.. połacie kolorowych lampek... czerwone, żółte, niebieskie, zielone migoczą, zapraszają.. skłaniają do refleksji. Alejki puste, spokojne, tylko te znicze... one są dowodem na to, że ludzie nie zapomnieli, że są i pamiętają.. że byli i że wielu z nich jutro tu wróci.... ja też jutro przyjdę.... dobrej nocy....
piątek, 17 września 2010
Biała ławka w parku
Wieczory często nastrajają ludzi refleksyjnie.... nie jestem wyjątkiem pod tym wzdlędem. Bardzo lubię nabierać dystansu po kończącym się dniu, wyciągnąć wnioski, wysnuć właśnie refleksje. Za oknem czarno, gdzieś w dole rzędy latarni oświetlające wstążki ulic, oświetlony komin, i wieża kościelna.... cicho, spokojnie, psy śpią oddychając miarowo,zmęczone po wieczornym długim spacerze. Przede mną kubek z prawie wypitą już herbatą owocową. Powieki coraz cięższe. Trzeba rozścielić łóżko i położyć się spać. Jutro do pracy. Wszystko w około powoli się wycisza, staje w miejscu, zapada w sen. Poranki coraz chłodniejsze, zamglone z dużą ilością rosy. W ciągu dnia jeszcze nawet ciepło, zwłaszcza w słońcu, gdy się siedzi w parku na białej ławce i gada o głupotach...takie ławki są bardzo potrzebne! Drzewa zdają się przeczuwać koniec lata i też szykują się do snu zimowego, do odpoczynku. Liście brązowieją zmęczone. Po zmroku jeże krzątają się po parkach, skwerkach chcąc nagromadzić jak najwięcej zapasów na zimę, one też już czują co się święci....uwijają się przy tym sprawnie. Trawa... trawa jak zwykle bezrtosko rośnie naiwnie myśląc, że oto nadal jest świetny czas żeby rosnąć właśnie- wciąż, bez końca. A tymczasem w przydomowych ogródkach zaczęły się jesienne prace porządkowe a kosiarki czekają w pogotowiu żeby skrócić trawę o głowę i zgrać się z nienacka z mrozem, który ostudzi zapał trawy i ona też w końcu zaśnie, do wiosny, sina, zmarznięta, skostniała.
niedziela, 12 września 2010
Już jesień?
Za oknem szaro, ponuro. Znowu. Maniakalnie nastawiam wodę w czajniku na herbatę, kaloryfery niezmiennie zimne a w mieszkaniu lodowato... Słońca jak na lekarstwo, bezcenne wydają się ciepłe wełnianne skarpety, porozciągany, stary golf i koc. Wciąż czekam na tę polską złotą jesień. Przywiozłam jej trochę od mamy, a tu? Czekam....na te alejki parkowe zasypane pożółkłymi już liścmi, na kasztany i żołędzie, na pierwszych ludzi opatulonych już szalikami, gdy o poranku biegną spóźnieni do pracy, bo przecież pod ciepłą kołdrą było tak przyjemnie i nie chciało się spod niej wychodzić o 5 rano! Czekam na ten pierwszy szron i zdziwioną trawę nim pokrytą (ona się nigdy tego nie spodziewa!), na mgielkę pary wydobywającą sie z ust przy każdym oddechu... niebawem będzie trzeba powyciągać z odchłani szaf wszystkie ciepłe ciuchy i długie spodnie, a bluzeczki z krótkim rękawem pójdą w zapomnienie... płaszcze, czapki i niezastąpione rękawiczki.... jeszcze trochę...
niedziela, 23 maja 2010
Tak jakby wiosna?
Maj, maj, maj powinno być ciepło, powinno być słońce, powinna być wiosna... powinna, powinna, powinna... a tu tylko deszcz, wiatr, chmury, kałuże... i niezastąpione kaloszki... Trochę pomarudziłam... to teraz optymistycznie! Na dworze z powodu pogody spokojniej, mniej ludzi, pogoda zdecydowanie zniechęca do wychodzenia na dwór, wychodzą tylko ci co muszą, no i ja... wystarczy, że ubiorę się "nieprzemakalnie" i już jestem monter.., psom deszcz nigdy nie przeszkadza, więc jest fajnie bo przynajmniej swobodniej, bardziej bezludnie, a i tak udało mi się między opadami deszczu być już na dwóch majówkach! Było ognisko, kiełbaski, pieczony chleb i gorące ziemniaki z popiołu. W moim kadrze pojawia się dosłownie wszystko, od kropli deszczu na rozmaitych tłach do różnorodnych przedstawicieli fauny i flory... jest jednocześnie kolorowo i szaro, spontanicznie i refleksyjnie, z bardzo bliska i bardzo daleka. Coraz częściej myślami jestem już na Majorce, do wylotu zaledwie 5 dni, ja jeszcze coprawda nie spakowana, ale już wiem gdzie chcę pójść, co zobaczyć, gdzie zrobić zdjęcia, a z drugiej strony nie mogę się doczekać tego odkrywania zakątków wyspy z ciekawością i spontanicznością dziecka... liczę na ciepło, liczę na biały piasek, i na te 7 wschodów i zachodów słońca, na te wszystkie obrazy, nowe wspomnienia, smaki, zapachy i miejsca, do których bedę chciała wrócić, wiecie te magiczne... to wszystko przede mną, jeszcze tylko kilka dni...
wtorek, 20 października 2009
Jesiennie dziś...
środa, 02 września 2009
Zły sen.
Czas się zatrzymał w miejscu, uparcie stoi i ani drgnie. Należałoby wejść w nową skórę, ale co zrobić gdy się takiej nie ma? W głowie aż huczy od pytań a tu znikąd odpowiedzi. Martwo, cicho głucho, pusto. Zaskoczenie, zdziwienie, ogromny szok. Jedna część mnie wolno idzie dalej ale ta druga stoi oszołomiona i nie wie co się dzieje, kompletnie zgłupiała i nie potrafi się odnaleźć w tej koszmarnej 'rzeczywistości'. Jak w złym śnie.
poniedziałek, 20 lipca 2009
tym razem nocny DogTrekking w Lubieszowie 18/19.07
Wszystko opisać? Niemożliwe… mój pobyt w Lubieszowie zaczął się od piątku rana… ok. 9 wysiadłam na niemalże zapomnianej przez ludzi stacji w Dziergowicach, skąd miałam ok. 3-4 km do boiska w Lubieszowie, i tak obładowana namiotem, dwoma karimatami, plecakiem i dużą torbą poszłyśmy z Maszą ochoczo w kierunku Lubieszowa (wcześniej wskazanym przez jakiegoś pana spotkanego niedaleko stacji PKP). Upał niemiłosierny, duszno i parno jeszcze bardziej, wzdłuż drogi szło się ciężko, dochodziły do tego duża ilość tirów i innych samochodów i brak pobocza… ok. 10 doczłapałyśmy z Maszą do boiska, które znajdowało się na drugim końcu wioski (o zgrozo!) Teren duży, ogrodzony z nieskoszoną trawą, po lewej stronie od bramy wjazdowej znajdował się budynek (zamknięty jeszcze wtedy na cztery spusty) teren boiska był istną patelnią.. więc postanowiłam, że rozbiję namiot za (w jednym miejscu dziurawym) płotem gdzie drzewa robiły cień. Był już tam zainstalowany jeden z uczestników, który potem pomógł mi też przy rozkładaniu namiotu. Namiot rozstawiony. Kiedy my z Maszą siedziałyśmy sobie niedaleko naszego nowego „domku” i kontemplowałyśmy przyrodę, nagle coś „strzeliło”? Masza aż się spłoszyła a ja za cholerę nie wiedziałam, co to było.. do póki nie przyjrzałam się bliżej jednej z tyczek mojego namiotu. Otóż wyszła cała biedronkowatość i cena namiotu… tyczka po godzinie „użytkowania” pękła na pół robiąc ostry stożek z przedsionka namiotu. Po chwili zauważyłam też, że szlufka, do której włożona była owa nieszczęsna tyczka tworząca przedsionek zaczyna się odpruwać od reszty. Zaczęłam, więc gorliwie modlić się, aby namiot wytrzymał do niedzieli… Po kilku godzinach przybył kolejny uczestnik - Robert ze swoim owczarkiem belgijskim - Ajasem i rozbił namiot obok nas. Potem poszliśmy z Robertem i psami na wycieczkę po okolicy i w sąsiedniej wiosce zjedliśmy obiad. Do wieczora zjechały jeszcze dwa „obozy” Było ognisko i w ogóle fajna atmosfera. Sobotni poranek zaczęłam od spaceru do Dziergowic nad staw rybny gdzie Masza mogła się trochę popluskać i ochłodzić. Po powrocie na boisku zastałam już Anię z Akelą… rozbiłyśmy z pomocą Roberta namiot i gadałyśmy. Ok. 14 przyjechała Paulina z Dieslem i znów(!) z pomocą Roberta rozbiliśmy kolejny namiot :) zaczeły nadciągać coraz ciemniejsze chmury i zerwał się wiatr… potem były burze i ulewy więc załapaliśmy stresa , że trasa będzie drogą przez mękę w takich „przeuroczych” warunkach pogodowych … Większość czasu na kilka godzin przed startem spędziliśmy w budynku siedząc przy stolikach bo nie było sensu siedzieć gdziekolwiek indziej… ostatnie poprawki, wskazówki, refleksje, posiłki wzmacniające i napoje energetyzujące… do tego mnóstwo śmiechu, fantastyczne humory i niesamowita atmosfera … Ja z tego niedoczekania byłam już gotowa średnio dwie godziny przed startem… bukłak napełniony, cały „niezbędnik dogtrekkingowca” sprawdzony i spakowany, czekałam jedynie w stresie na czołówkę, którą miał mi pożyczyć Tomek. Ja startując w sandałach sportowych nałożonych na dwie pary skarpetek skazałam się na wiecznie mokre nogi. Były one mokre jeszcze przed startem, bo samo dojście do „linii startu” wiązało się z przejściem przez nieskoszoną, wysoką trawę przez pół boiska.. Sam start to jak zwykle istne szaleństwo, wszyscy pędzą do przodu starając się jak najmniej kolizyjnie wymijać kolejnych zawodników.. My z Pauliną chciałyśmy jak najszybciej znaleźć się możliwie jak najbardziej z przodu żeby nie wymijać potem tej całej rzeszy ludzi i psów gdzieś porozciąganych, tylko „raz a dobrze” jedno jeszcze wielkie skupisko. Po kilkuset metrach, (więc na samo „dzieńdobry”) nie zdążyłam ominąć (ciągnięta przez Maszę) ogromnych kolein, wpadając tym samym po kolana do wody, i biegnąc w niej przez kilka metrów – Masza zachwycona, ja nieco mniej…. Ślisko, mokro, mnóstwo błota, mapa niezrozumiała, co jakiś czas popadywał deszcz, mnóstwo kałuż, których nie było sensu omijać, bo cenna była każda sekunda a omijanie wiązało się z odskokami w bok i hamowaniem psa… totalnie zbędne… Punkty mniej lub bardziej poukrywane a tu jeszcze trzeba wyciągnąć coś do pisania i odnotować hasło, mapa mokła w zastraszającym tempie. Ani od Lupka porobiły się dziury, Paulinie „postrzępił” się cały bok, moja mapa była pod koniec w najlepszym stanie, bo naj mniej używana. Kilka razy gubiłyśmy się i trzeba było wracać i szukać tej właściwej drogi. Nie było czasu na nic, na jedzenie ani nawet na siku. Ja po drodze zjadłam tylko kawałek bułki, i wypiłam ok. pół litra wody…, Podczas gdy miałam ze sobą mnóstwo jedzenia, ale nie chciałam tracić czasu żeby, choć raz ściągnąć plecak z pleców… gdyby nie bukłakowy wężyk to pewnie nawet bym nie piła wody… a ten kawałek bułki zjadłam tylko, dlatego że miałam go w kieszeni polaru, który miałam na sobie i mogłam łatwo po to sięgnąć. Najgorsze pomylenie drogi było za jednym z końcowych punktów, kiedy to zamiast odbić przy torach w prawo i iść drogą szliśmy kawałek po samych torach a potem w poboczu rozmokniętym i grząskim po łydki w błocie, modliłam się tylko żeby to bagno nie pochłonęło moich sandałów. Już nawet nie chcę wspominać Dieslowej łapy w tym błocie… Straciliśmy dobre 20 minut na tym odcinku… pocieszające jest tylko to, że: daliśmy rade, jest co wspominać i zawsze to jeszcze bardziej ekstremalne warunki na własne życzenie, przez które inni nie musieli przechodzić.. Obie z Pauliną pod koniec miałyśmy ogromne skurcze brzuchów myślałyśmy, że pęcherze nam popękają, ale opcja postoju na siku była niedopuszczalna i żadnej z nas nawet się nie śniła…. Ja przez ostatnich 10 km szłam i biegłam na zmianę z ogromnym skurczem pośladka, ale nie było szans żeby go „rozładować”, bo Masza ciągle parła do przodu… właśnie.. Masza - spisała się znakomicie… przez 99% trasy cały czas ciągnęła, piła „w biegu” wodę z mijanych po drodze kałuż nie marudziła ani przez chwilę, dobrze i absolutnie bez-zaczepkowo” mijała wszystkie psy, nigdzie nie skręcała nie zabiegała nikomu drogi, ten 1% to postoje na siku i kupkę, krótko mówiąc pies – skarb. Na mecie nasz czas został odnotowany: 6godzin, 24 minuty i 33 sekundy… Nie miałyśmy siły na nic… udało nam się jakimś cudem wypić gorącą herbatę, ja nakarmiłam i napoiłam Maszę i sama zjadłam zupę i kiełbaskę, opłukałam się pod prysznicem i zawlokłam swoje zwłoki do namiotu… zasnęłam w ciągu 10 sekund a Masza padła obok kładąc łeb na moim brzuchu… o 8 Tomek zrobił nam pobudkę wołając na rozdanie nagród i dyplomów…. Byłyśmy z Pauliną pół przytomne… Masza zwlokła się ze mną, za to Pauliny Diesel nawet nie podniósł łba, gdy Paulina wychodziła ze swojego namiotu… Po rozdaniu dyplomów wypiłyśmy gorącą herbatę ja zjadłam znów porcję zupy i kiełbaskę… Masza nawet dała rade pobawić się z Sagitem…( Sagito to jedyny pies, którego Masza tak polubiła, sama go wypatruje, zaczepia i bawi się do upadłego).Potem towarzystwo zaczęło się rozjeżdżać… i niebawem zostałyśmy tylko my i gdzieś w oddali dwa namioty. Poszłyśmy składać nasze namioty.. mój poszedł na śmietnik. Potem poszłyśmy zrobić pobudkę Ani i Tomkowi, a żeby ich zmobilizować do wyjścia zaczęłyśmy im składać namiot ściągając tropik i wyciągając śledzie jeden za drugim.. Po ostatnich pogaduchach i oni pojechali i potem jeszcze jedni uczestnicy z drugiego końca boiska i zostałyśmy z Pauliną same czekając na jej koleżankę, która miała mnie z Maszą podwieźć do Dziergowic na PKP a Paulinę z Dieslem zabrać do Kędzierzyna. Mnie udało się być po 15 w Rybniku… i powiem na koniec tylko jedno: WARTO BYŁO! P.S. Może ciężko w to uwierzyć ale to jest napisane w bardzo dużym skrócie…
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11